Artykuł opublikowany w numerze 5/2015 Życia Gostynia
Człowiek, który dał ogromną nadzieję, zabrał wszystko
Maciej, w ubiegłym roku, miał być zoperowany w Berlinie. W tym celu w powiecie gostyńskim przeprowadzona została duża zbiorówka publiczna. Nie tylko on i jego rodzina, ale prawie cały nasz powiat trwał w niepewności, co będzie dalej? I miał ogromną nadzieję, że innowacyjna metoda stosowana za granicą da mu szansę na zdrowie i życie. Jedna rozmowa w niemieckiej klinice przekreśliła plany. Maciej stracił szansę. Pozostały jedynie nadzieja i siła, czasem znikająca, ale z każdym kolejnym dniem pojawiająca się na nowo.
Państwo Uzarscy z Gostynia, dziś, z powodu choroby pana Macieja mieszający w Lesznie, długo zastanawiali się nad tym, czy opowiedzieć publicznie o swoich problemach. Pan Maciej, raczej powściągliwy, musiał z pewnością stoczyć wewnętrzną walkę, by przemóc się i poprosić ludzi o pieniądze. Choroba – nowotwór kręgosłupa z otwartą, cały czas mocno krwawiącą raną podłączoną do specjalnego urządzenia - jakby zadecydowała za niego. Po wielu operacjach i zabiegach od 2013 r., które nie dawały szans na wyleczenie, pojawiła się nadzieja. Państwo Uzarscy znaleźli informację o tym, że w berlińskiej klinice lekarze zderzyli się z takimi przypadkami, jak rak pana Macieja. Pani Eliza – żona Macieja skontaktowała się z tamtejszym profesorem, który zapewnił ją, że zajmie się leczeniem jej męża. Przeszkodą miały być finanse. 150 tys. zł. W kwietniu ubiegłego roku rozpoczęto akcję charytatywną: zbiórki publiczne, artykuły w gazetach i wielka impreza z licytacją. Mieszkańcy Gostynia chętnie włączali się w działania. Pieniądze uzbierano. W serca państwa Uzarskich wlała się nadzieja. W końcu profesor deklarował, że, dzięki operacji, pan Maciej będzie miał 90% szans na wyleczenie!
Na co liczysz? Przecież ty nigdy nie będziesz zdrowy!
Pełni dobrych myśli państwo Uzarscy pojechali w kwietniu 2014 r. do niemieckiej kliniki. Tam jednak dowiedzieli się, że operacja nie zostanie przeprowadzona. - Pani, która była na dyżurze, powiedziała, że pan profesor nie zoperuje Macieja, ani dziś, ani jutro ani nigdy. Byliśmy zszokowani! Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Powiedziała nam, że są przerzuty do płuc. Odparłam, że to jest niemożliwe! Mówiłam, że to są zmiany zatorowe na skutek zatorowości płucnej, która była rok wcześniej. Oni stali przy swoim stanowisku – wyjaśnia pani Eliza. Wspomina, że prosiła o rozmowę z profesorem, z którym od dłuższego czasu korespondowała. - Pani powiedziała, że on nie ma czasu. Nie ma tylko jednej kliniki. I w ogóle nic tu po nas, mamy sobie jechać do domu. Tamtejsi lekarze byli bardzo zdziwieni, że pacjent w takim stanie, ma być zoperowany. Do Macieja wystartowali z tekstami typu: na co pan liczy? Przecież ty nigdy nie będziesz zdrowy! Nigdy nie będziesz chodził! Pani doktor, która była na dyżurze, pytałam się: „co w takim razie mamy zrobić?” Ona powiedziała, że gdyby to był jej brat, nic by już nie robiła. Powróciliśmy do domu – mówi.
Profesor przestał odpisywać na maile
Pani Eliza nie dała za wygraną. Nie mogła pojąć, dlaczego zostali w ten sposób potraktowani? Dlaczego profesor zapewniał ją, że jeśli uzbierają 150 tys. zł podejmie się operacji, a później odmówił? – Co tydzień pisałam raporty o stanie zdrowia Macieja, co robimy, jakie leki bierze. On odpisywał przez Internet, że jest szansa na wyleczenie. Pokazałam lekarzom w klinice dokumenty i oni nie dowierzali, że Maciej jest w takim stanie, a ktoś dał nam nadzieję – wyjaśnia pani Eliza. W drodze powrotnej do domu wysłała maila z prośbą o wyjaśnienie tej przykrej sytuacji. – Mam potwierdzenie na poczcie, że zdeklarował, iż guza usunie w całości i że 90% szans daje Maćkowi na wyjście z tego wszystkiego. Gdy po zajściu w klinice, zapytałam w liście dlaczego tak się stało, odpowiedział mi, że ma kilkunastu asystentów i nie wszystkie maile czytał. Ma od tego ludzi. A więc kto mi odpowiadał na moje maile? Asystenci – tłumaczy pani Eliza. Sprawa nie dawała rodzinie spokoju. Wykonano kolejne badania, które wykazały, że nie ma przerzutów do płuc. Była to, jak wcześniej twierdził pan Maciej, zatorowość. – Gdy przesłaliśmy profesorowi wynik badania nie po jego myśli, przestał odpisywać na maile – zaznacza pani Uzarska. - Potraktował nas bardzo źle i okazał się nieprofesjonalny. Według mnie tacy ludzie nie powinni leczyć. Myślę, że to było na zasadzie: rzucimy kwotę, biedne Polaczki i tak nie uzbierają – dodaje pan Maciej.
Leki silniejsze niż morfina
Przeprowadzono operację w Polsce. Przeszczep się jednak nie przyjął. - Myślę, że na skutek radio i chemioterapii – stwierdza pani Uzarska. Ze stanem pana Macieja było coraz gorzej. Kręgosłup zaczął się zapadać i podjęto zabieg jego ustabilizowania, który przyniósł pozytywny skutek. Ale do dziś Pan Maciej ma dużą powierzchnię otwartej rany na plecach. - Od maja do chwili obecnej miał w sumie 16 operacji. Po drodze wyszło, że mąż ma jeszcze dodatkowo obciążenia nabyte przez chorobę nowotworową – wyjaśnia pani Eliza. Pan Maciej cały czas przyjmuje silne leki przeciwbólowe (mocniejsze niż morfina) i antybiotyki. Odstawienie tych drugich wiązałoby się z natychmiastowym stanem zapalnym i gorączką. - Zresztą tak zawsze jest, gdy odstawiamy antybiotyk, po 7 dniach trzeba zrobić szybko posiewy i włączyć ponowny, bo bakterie w ranie nie dają za wygraną – wyjaśnia pani Eliza.
Miesięczny koszt leczenia to około 30 tys. zł
Pieniądze, które wpłynęły od darczyńców na subkonto pana Macieja, wykorzystywane są na ciągłe leczenie. Miesięczny koszt to około 30 tys. zł. - Tak naprawdę, gdyby nie te pieniądze, Maciej by się nie leczył. Już by go już nie było... W naszym kraju niestety jest tak, że ani NFZ, ani Ministerstwo Zdrowia nie przewidziało takich pacjentów z otwartymi ranami. Nic nie jest refundowane - m.in te specjalistyczne opatrunki do Vaca. Jeden z antybiotyków ma refundację, ale tylko przy mukowiscydozie i przeszczepie płuc, ale już nie w przypadku raka kręgosłupa. Za 10 fiolek tego antybiotyku płacę 750 zł, które wystarczają na 5 dni. A to nie jedyne leki, jakie przyjmuje Maciej – tłumaczy pani Eliza.
Nie ma dnia, żeby nie bolało
Ostatnie lata, od kiedy pan Maciej jest chory, dla państwa Uzarskich to pasmo, dla wielu niewyobrażalnie, bardzo trudnych wydarzeń. - Nasze obecne życie jest jak bąbel na wodzie. Nie ma dnia, żeby nie bolało. Nie ma nocy, żeby była przespana. Proszę mi wierzyć, że Maciej ma naprawdę dużą ranę na plecach i zanim nauczyłam się ją pielęgnować, mocno zaciskałam zęby, bo wiedziałam, że samym czyszczeniem stwarzam mu ból. I do dziś tak jest. Nie jest mi łatwo, ale nie mam wyjścia. Wiem, że żadna pielęgniarka za najlepsze pieniądze tego nie zrobi. W szpitalu Macieja nie chcą, bo to jest pacjent drogi i ja to wiem, patrząc po fakturach, jakie płacę za leki – tłumaczy przez łzy pani Eliza.
Potrzebne ogromne pieniądze na leki i opatrunki
Pieniądze na leczenie rozpływają się w szybkim tempie. Zostało około 60 tys. zł. Dlatego państwo Uzarscy podjęli decyzję, że poproszą o pieniądze z 1% podatku. – Nie wiemy, ile Maciej pożyje, może rok, dwa, może dziesięć? Ładujemy wielkie pieniądze w leki, opatrunki i urządzenia. Zresztą, to są tylko pieniądze. Ja chcę tylko wydłużyć maksymalnie czas Maciejowi. Jest to chyba normalne. W końcu jestem mu bliską osobą – tłumaczy pani Eliza.
Wspomóż Macieja Uzarskiego Przekaż 1% z podatku dla Fundacji, do której należy Maciej: NR KRS: 0000151452 CEL SZCZEGÓŁOWY 1% „ POMOC DLA MACIEJA UZARSKIEGO”