Antyspam
ARTYKUŁY OGŁOSZENIA FIRMY
R E K L A M AŁukpol A1 Podstrona
R E K L A M AB1 - MAT-BRUK

W swoich czasach był jednym z najlepszych pod siatką. Jego życie to materiał na film

› Sport i rekreacja 2 miesiące temu    24.03.2020
Bogdan Bujak
komentarzy 2 ocen 0 / 0%
A A A
Wymysłowo. Pan Ryszard z drugą żoną mieszkają w Wymysłowie. Pobrali się 1,5 roku tremu w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w KrobiWymysłowo. Pan Ryszard z drugą żoną mieszkają w Wymysłowie. Pobrali się 1,5 roku tremu w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja w Krobi fot. Fotomontaż

W czasach licealnych wołali na niego „Sarna”. W reprezentacji ochrzczono przezwiskiem „Dziadek” (bo już trochę włosów brakowało na głowie), a znany sprawozdawca sportowy Bohdan Tomaszewski nazywał „polskim mańkutem”. W Dunkierce, w której zakotwiczył na 30 lat, siał postrach jako grający trener o przydomku „Polski Diabeł”. Właśnie za granicą postać Ryszarda Sierszulskiego, wielokrotnego mistrza Polski w siatkówce i reprezentanta kraju, którego z olimpiady w Meksyku wykluczyła kontuzja, jest dużo bardziej znana. Jest on przez wielu uważany za prekursora siatkówki francuskiej i belgijskiej, gdzie w tamtejszych drużynach I oraz II i III ligi, grał aż do 55 roku życia. Był nauczycielem wychowania fizycznego, trenerem i grającym zawodnikiem. W dużym stopniu jego zasługą jest późniejszy rozwój siatkówki w obu tych krajach.

- Wracając z Francji do Polski zatrzymaliśmy się w Dunkierce. Pewien młody człowiek poznał męża, podchodzi do nas i mówi: „Pan Sierszulski? Bardzo panu dziękuję. To, kim jestem teraz w sporcie, zawdzięczam tylko panu. Pan we mnie uwierzył i dziękuję za to, że był pan taki wymagający” - mówi na potwierdzenie tych słów Aleksandra, druga żona Ryszarda Sierszulskiego, z którą osiadł niedawno w jej rodzinnym Wymysłowie.

Bycie wymagającym i równe traktowanie staną się wizytówką siatkarza z Wapna. Pod tym względem będzie porównywany do swojego kolegi z boiska, z którym pił z jednej butelki - ze słynnym Hubertem Wagnerem "Kat", który jako trenera poprowadził reprezentację Polski do złotego medalu olimpijskiego w Montrealu w 1976 r.

Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał 6 braci i 3 siostry (jedna zmarła). Od najmłodszych lat miał smykałkę do sportu, do lekkoatletyki, sportu, a w miejscowym klubie „Górnik” ze względu na warunki fizyczne sugerowano mu pozycję bramkarza, bądź środkowego obrońcy. Sportowo ukształtował się dopiero jako nastolatek w liceum w Kcyni, gdzie natrafił na wyjątkowo atmosferę do fizycznego rozwoju. Pod kierunkiem nauczycieli Alojzego Nowaka, a później Stanisława Dawidowskiego postanowił zrobić użytek ze swego wzrostu (skakał wzwyż 190 cm).

W 1952 roku wraz z kolegami wziął udział w rozgrywkach w piłkę siatkową w ramach I Ogólnopolskiej Spartakiady Szkolnej we Wrocławiu. Tam, z wraz z drugim przedstawicielem kcyńskiego liceum Andrzejem Hanyżewskim, Ryszard Sierszulski wybrany do reprezentacji województwa bydgoskiego zajęli III miejsce.

- Od tego czasu polubiłem siatkówkę. Później idąc na AWF miałem o niej pojęcie, ale musiałem się jeszcze dużo nauczyć - opowiada siatkarz.

"A którą ty ręką bijesz?"

W 1954 roku podejmują studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie przychodził jako siatkarz nieznany. Dzięki wrodzonemu uporowi (trenował od 6 rano dwa razy dziennie, nawet z kobietami) oraz leworęczności zwrócił uwagę Zygmunta Krauze, ówczesnego trenera AZS-AWF w siatkówce, wielokrotnego mistrza Polski i teoretyka, który włączył go w skład swojego zespołu. Jemu R. Sierszulski szczególnie dużo zawdzięczał.

- Na jednym z treningów mnie zauważył i spytał: „A którą ty ręką bijesz?”. Ja mówię: „A mi obojętne, czy lewą czy prawą”. Szybko doszedłem do kadry - oznajmia R. Sierszulski.

W czasie 6 miesięcy „Sarna” stał się pełnoprawnym członkiem pierwszego zespołu AZS-AWF Warszawa, z którego w owczym czasie rekrutowała się większość reprezentacji Polski. Jako się okazało było to preludium do reprezentacyjnej kariery Ryszarda Sierszulskiego i miana jednego z najlepszych atakujących w siatkówce w swoim czasie.

TUTAJ - kupisz e-wydanie "Życia Gostynia"

Ze swoją drużyną sięgnął po mistrzostwo Polski w 1956, 1957, 1958 i 1959, by później przenieść się do Legii Warszawa, z którą kontynuował pasmo sukcesów na arenie krajowej zdobywając czempionat w 1962, 1964 i 1967, wicemistrzostwo w 1963, 1965, 1966 oraz brązowy medal mistrzostw Polski w 1960, 1961 i 1968 roku.

Te lata Ryszard Sierszulski wspomina także w kontekście znajomości z „Katem”, z którym mieszkał po sąsiedzku w blokach koło Stadionu 10-lecia. Również ich dzieci się przyjaźniły.

- Razem z Jurkiem Wagnerem graliśmy w kadrze Legii. Na boisku przy stadionie bez przerwy graliśmy w siatkówkę i potem na studiach. Ja skończyłem wcześniej, on później - zdradza sportowiec.

W swoim ostatnim sezonie 1968/1969 grał w drużynie LZS Mazowsze.

W reprezentacji Polski debiutował 1 września 1957 w meczu akademickich mistrzostw świata z Libanem. Choć notowania naszych „Orłów” rosły z roku na rok, to na drodze do końcowego sukcesu stawały reprezentacje takich potęg w tej dyscyplinie w tamtym czasie, jak Rumunia, Bułgaria, Czechosłowacja i niedoścignione ZSRR. Dopiero rok 1965 okazał się przełomowy, gdy podczas I Pucharu Świata organizowanego w dodatku na polskiej ziemi, w Łodzi nasza reprezentacja zdobyła srebrny medal, ulegając tylko Rosjanom.

W kadrze, która odniosła do tego momentu największy sukces w historii polskiej męskiej siatkówki był także Ryszard Sierszulski. Polacy nie poszli jednak za ciosem i trzeba było czekać dwa lata na kolejny sukces. Celem Mistrzostw Europy w Stambule było nie tylko wysokie miejsce w końcowej klasyfikacji, ale także historyczny awans na olimpiadę w Meksyku w 1968 roku.

- W Turcji zdobyliśmy trzecie miejsce i medal. I od tego momentu staliśmy się partnerem dla innych reprezentacji. Wcześniej przegrywaliśmy mecze, bo nie ustawiało się nas tak, jak trzeba. Nie mogliśmy tego krytykować, ale czuliśmy to, zawodnicy po meczu ze sobą dyskutowali - ocenia Ryszard Sierszulski.

Całe mistrzostwa rozegrał w pierwszej szóstce. Po zdobyciu olimpijskiego paszportu cała reprezentacja zaczęła przygotowania do igrzysk. Jednak mający pewne miejsce w kadrze siatkarz z Wapna za ocean nie pojechał. Był to jedne z kluczowych momentów w jego życiu. 

Wyjechał, ale nie uciekł

- Skoczyłem do odbicia podczas meczu w Gdańsku i upadłem. Coś mi strzeliło w kręgosłupie i nie mogłem chodzić. Ale wyszedłem z tego własną pracą. Byłem w szpitalu wojskowym, naprawa nerwów w nogach, naciąganie - opowiada R. Sierszulski.

Bez wsparcia polskiej federacji zdany był na własny siły, które w końcu rzuciły go za 2200 kilometrów od domu. Było to jednocześnie koniec jego reprezentacyjnej przygody, w której licznik stanął na 226 spotkaniach, w tym 194 oficjalnych.

Choć nie chciał sytuacja zmusiła go do szukania zajęcia poza granicami Polski. Dzięki pomocy jednego z kibiców Ryszard Sierszulski dostał angaż w trzecioligowym zespole z Dunkierki (początkowo miały być to dużo wyżej notowane kluby Paryż lub Lille). Wyjechał tam jako trener... piłki nożnej (w tamtym czasie kontrakty w siatkówce były bardzo rzadkie).

- Wszystko było legalne. Ja z kraju nie uciekłem - komentuje siatkarz.

Po 6 miesiącach ściągnął żonę wraz z 8-letnią córką. Ze swoim zespołem awansował przez lata gry do II, potem do I ligi, żeby ostatecznie zakotwiczyć w drugiej dywizji.

- Szkolenie było zupełnie inne, bardziej wszechstronne: nie było prowadzącego, obrotowego. Był jeden zawodnik, który miał większe zdolności i umiejętności wystawiania piłki - mówi R. Sierszulski.

Natomiast Francuzi nauczyli się jednego: lepiej było nie złościć „Polskiego Diabła”, żeby „walił jak młot pneumatyczny, a piłka wchodziła jak gwoździe”.

Ryszard Sierszulski do 55 roku życia był grającym trenerem. Prowadził zespoły zarówno męskie i żeńskie. Nie każdemu podobał się jednak jego sposób zarządzania kadrą.

- Zrezygnował ze mnie jeden klub sportowy, bo byłem jak Jurek Wagner, za twardy, nie dawałem odpoczywać. Ale to nie tak, byłem po prostu wymagający, a nie żeby mi ktoś w międzyczasie wychodził na piwo - tłumaczy prawie 85-letni mężczyzna.

W swojej myśli szkoleniowej był bardziej praktykiem niż teoretykiem, nie przekreślał nikogo, a wszyscy mieli jednakowe szanse. Jeden z jego późniejszych wychowanków powie: „Nie raz chciałem podłożyć panu nogę jako wychowawcy. Ale pan we mnie wierzył”.

Bardzo dobrze jego charakter obrazuje pewna historia z czasów gry i szkolenia młodzieży we Francji i Belgii.

- Przychodzi do mnie dziewczynka z ostatniej klasy, taka przy kości i płacze. Pytam się: „Dlaczego ty płaczesz?”. Nazywała się Blanka, to było, gdy jeszcze pracowałem w Dunkierce. Odpowiada: „Bo ja nie zdam”. A ja mówię: „Jeszcze możesz zostać mistrzynią”. „Ale w co? - pyta. „Na przykład w ping ponga”- mówię. Bo kulą dobrze pchała. I w ping ponga przez dwa lata pograła i została mistrzynią północnej Francji. Nie można człowieka skreślać. To wszystko jest w głowie­ - opowiada Ryszard Sierszulski.

Głowa skakał do kosza

Ze swojej kariery zawodniczo-trenerskiej wspomina wiele sytuacji. Przykładowo z Pucharu Trzech Kontynentów w Paryżu, gdzie był zmiennikiem.

- Przez przypadek wszedłem, bo Tetianiec [Leonard - przyp. red] zachorował i trener Krauze mi mówi: „Idź się rozgrzewać”. Poszedłem, dwa sety a potem: „Chodź, będziesz wchodził”. Pytam trenera, co mam robić? A on na to: „No huknij”. No to puściłem bombę i od razu flesze aparatów i pytania dziennikarzy: „Kto to jest?” - opowiada sportowiec.

Brawa za swoją grę otrzymywała wielokrotnie także, gdy wygłupiał się przebijając piłkę raz lewą, raz prawą ręką, a na koniec... głową. Duży problem z jego oburęcznością mieli wszyscy, nawet niezawodni Rosjanie w trakcie jednego z meczy z Dynamem Moskwa. Dzięki szybkiej ręce potrafił tak uderzyć piłkę, że odbiła się od podłogi i dosięgała sufitu. Nie był także żadnym gigantem (184 cm wzrostu), ale z wyskoku potrafił dosięgnąć głową tarczy od kosza. Ze swojej kariery we Francji dobrze pamięta mecze w roli grającego trenera przeciwko drużynie Andrzej Niemczyka - późniejszego twórcy potęgi żeńskiej reprezentacji Polski w siatkówce. Jeden wygrał, drugi przegrał.

Pewnego razu zaskoczyli, go trzej koledzy z czasów szkolnych, którzy przyjechali do Lille, w którym Ryszard Sierszulski grał gościnnie. Był zaskoczony słysząc z trybun słowa „Kcynia, „Sarna”. Później poszli na piwo. Pracując we Francji trenował w tygodniu różne kategorie wiekowe, a w soboty prowadził szkółkę sportową. Natomiast w Belgii zdarzyła mu się sytuacja, że do meczowej szóstki mógł wystawić sześciu... braci. Dla zabawy brał także udział w turniejach piłki plażowej, które często wygrywał (tak jak w czasach licealnych, gdy ze wspomnianym wcześniej kolegą Andrzejem Hanyżewskim stawiał czoło całej reprezentacji kcyńksiego liceum).

Iwona pływała jak ryba

Ciekawą karierę sportową Ryszarda Sierszulskiego naznaczyła największa tragedia dla każdego rodzica - podczas urlopu na Martynice utopiło się jego jedyne dziecko córka, Iwona. Dziewczyna pływała jak ryba. Załamał się, co wpłynęło także na jego grę. Nie był to koniec jego dramatu. Jeszcze w Dunkierce na chorobę Alzheimera zachorowała jego pierwsza żona Barbara. Aby „zmienić klimat” przenieśli się na drugi koniec Francji, do odległej o prawie 800 kilometrów niewielkiej miejscowości Allee du Haurat. Tam też jego pierwsza miłość zmarła.

Na francuskiej ziemi został sam. Tak było aż do 2010 roku, gdy poznał drugą żonę, Aleksandrę. Ona z kolei pomagała we Francji jednej z córek wychować wnuczęta. Poznali się przez przypadek, a na pierwszą randkę poszli w walentynki. To właśnie pani Ola skłoniła swojego, jeszcze ówczesnego "chłopaka", do powrotu do Polski, „na stare śmieci”.

Na francuskiej ziemi został sam. Tak było aż do 2010 roku, gdy poznał drugą żonę, Aleksandrę. Ona z kolei pomagała we Francji jednej z córek wychować wnuczęta. Poznali się przez przypadek, a na pierwszą randkę poszli w Walentynki. To właśnie pani Ola skłoniła swojego, jeszcze ówczesnego chłopaka do powrotu do Polski, „na stare śmieci”. Osiedli w jej rodzinnym 100-letnim w domu w Wymysłowie, który odnowili i dostosowali do swoich potrzeb.

- Dzięki Oli wróciłem, ale nie wiem, czy sam bym to zrobił, bo wybierałem się do kolegi do Kanady - zdradza pan Ryszard.

Teraz obydwoje cieszą się życiem i kiedy tylko mogą goszczą dzieci pani Aleksandry z pierwszego małżeństwa i jej wnuki. Wspólnie też oglądają mecz polskiej reprezentacji - czasami nie wiadamo, które z większym zacięciem. 

- Co jest w największym szczęściem u nas w tej chwili? Że moje dzieci tak bardzo zaakceptowały męża. Różne problemy rozwiązują z nim, a nie ze mną. My mieszkamy sami, ale możemy liczyć na nich. Dzwonią codziennie do nas i to jest wspaniałe - dodaje małżonka.

Gdyby trenował...

Niedoszły olimpijczyk przyznaje, że od jego czasów wiele zmieniło się w siatkówce. Technika gry, zagrywka (kiedyś nie można było odbijać piłki tyloma częściami ciała co teraz, nie ma już trudnej zagrywki „hakiem”) czy metody treningowe są bardzo różne. 

- Wtedy ćwiczenia siłowe robiliśmy w ten sposób, że braliśmy swojego partner na plecy i podchodziliśmy pod górkę czy podnosiliśmy. Więcej pracowaliśmy z człowiekiem, nie z maszyną - tłumaczy były grający trener.

Podziwia tempo gry we współczesnej siatkówce, zwracając jednocześnie uwagę, że kiedyś trenowało się dwa razy w tygodniu, a nie jak teraz prawie codziennie.

- Teraz siatkówka jest bardzo siłowa i spektakularna - ocenia fachowym okiem siatkarz.

Na naszą obecną kadrę patrzy krytycznym okiem. Uważa, że zawodnicy popełniają za dużo błędów i brakuje im zaciętości, która cechowała jego i kolegów. I ma poczucie, że tak jak w innych dyscyplinach pieniądze „zepsuły” sport. Jak wspomina największy sukces w historii polskiej siatkówki, czyli złoty medal na olimpiadzie w Montrealu?

- Byłem zadowolony. W tym piątym secie chłopacy walczyli jak drużyna, jak zespół. Tam chyba 3 razy była piłka meczowa. Nie puścili i cały czas była koncentracja, do końca - zdradza siatkarz.

Zapytany o to, jak poprowadziłby obecną reprezentację Ryszard Sierszulski odpowiada:

- Pierwsze o co bym zapytał, to czy chcą pracować, trenować czy tylko wyjeżdżać? Od tego bym zaczął.

Ciekawostki życia Ryszarda Sierszulskiego

Ma podwójne obywatelstwo: polsko-francuskie.

Wyjeżdżając do Francji znał tylko trzy słowa po francusku „uważaj, patrz i powtarzaj”.

- Nie paliłem, nie piłem, to była moja przewaga, bo zawsze byłem w formie - Ryszard Sierszulski

- Moją ambicją i myślę każdego sportowca było pojechać na olimpiadę. Jak graliśmy to nie dla siebie tylko dla "orła". Cały czas jak wychodziliśmy na boisko przeciwko Rosjanom, to nie przeciwko chłopakom, którzy grali tylko gnębiącemu nas systemowi - Ryszard Sierszulski.

Wychowankiem Ryszarda Sierszulskiego jest m.in. Ryszard Bosek, mistrz olimpijski z Montrealu z 1976 roku oraz były trener męskiej kadry siatkarskiej.

Był nauczycielem wf-u piosenkarza Wojciech Gąsowskiego.

Pan Ryszard wytrenował córkę pani Aleksandry do tego stopnia, że zajęła II miejsce w międzynarodowym turnieju piłki plażowej we Francji.

Czytaj również: niepełnosprawny Mikołaj nareszcie ma windę

Przy opracowywaniu niniejszego artykułu korzystałem z książek:

Krzysztof Mecner „80 lat polskiej siatkówki. Od „przebijanki do ligi światowej”

Zbigniew Grabowski, „Znani i nieznani z naszego podwórka”

+ 0 głosów: 0 (0%) 0 -
    dodaj zdjęcia Masz swoje autorskie zdjęcia? Dodaj je do naszego tekstu.
    Komentarze (3)

    Serwisy internetowe jarocinska.pl, zpleszewa.pl, rawicz24.pl, gostynska.pl, krotoszynska.pl nie ponoszą odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze nie są moderowane. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane zgodnie z postanowieniami Regulaminu.

    dodaj komentarz› pokaż według najstarszych
    ~ Mir
    miesiąc temu 3
    Świetny tekst. Dzięki Panie Bogdanie.
    odpowiedz oceń komentarz
    wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    ~ jarock
    2 miesiące temu 2
    Szacunek .
    odpowiedz oceń komentarz
    wpisy tej osoby zgłoś do moderacji
    ~ Mieszkanka
    2 miesiące temu ocena: 100%  1
    WIELKI CZŁOWIEK!O TAKIEJ OSOBIE WARTO PISAĆ I WIEDZIEĆ ŻE JEST TAKI WŚRÓD NAS!BRAWO I POZDRAWIAM
    odpowiedz oceń komentarz
    wpisy tej osoby zgłoś do moderacji